Szczerze mówiąc wcześniej nawet nie wiedziałam, że coś takiego jak Kino Kobiet istnieje. Dowiedziałam się o nim dopiero wtedy, gdy pojawiła się możliwość przygotowania tam naszego stoiska i dopiero wtedy zaczęłam ogarniać, z czym to się właściwie wiąże. Kiedy zobaczyłam, jak wygląda cała formuła wydarzenia, uznałam, że warto spróbować i zobaczyć to od środka. To …
Szczerze mówiąc wcześniej nawet nie wiedziałam, że coś takiego jak Kino Kobiet istnieje. Dowiedziałam się o nim dopiero wtedy, gdy pojawiła się możliwość przygotowania tam naszego stoiska i dopiero wtedy zaczęłam ogarniać, z czym to się właściwie wiąże. Kiedy zobaczyłam, jak wygląda cała formuła wydarzenia, uznałam, że warto spróbować i zobaczyć to od środka. To wydarzenie ma swój specyficzny klimat i choć byłam tam pierwszy raz, szybko złapałam klimat wydarzenia i miałam poczucie, że trafiłam na naprawdę fajny wieczór w dobrej atmosferze. Tym razem miałam też własny cel: chciałam zobaczyć, z czym przyjdą panie i jak poradzą sobie z motywem plisowanych ozdób. Szczerze mówiąc, liczyłam na sporą dawkę kreatywności, ale to co zobaczyłam i tak mnie zaskoczyło.
Spotkanie odbyło się jak zwykle w Nowym Sączu. Organizator zadbał o rzeczy, które od początku budują klimat: na wejściu panie witane były małymi upominkami, stanowiska partnerów rozstawione tak, że można było swobodnie podejść, a cała oprawa wizualna trzymała się motywu spotkania. Dzięki temu jeszcze zanim zaczęła się główna część, czuło się lekki dreszcz ekscytacji. Zwłaszcza podczas rozmów przed seansem. Film wieczoru – „Państwo Rose” – okazał się trafionym wyborem. Lekki, zabawny, ale niegłupi. Do tego bardzo dobra obsada, więc seans był po prostu przyjemny.
Cały koncept wydarzenia opiera się na tym, że co miesiąc panie dostosowują swoje stroje lub dodatki do tematu przewodniego. Plisy okazały się wdzięcznym materiałem. Pojawiły się spódnice, kokardy, wachlarze z papieru, a nawet całkiem fantazyjne ozdoby, które trudno nazwać jednym słowem. I właśnie o to chodzi – nie ma sztywnej formy, liczy się pomysł i odwaga, żeby coś zrobić inaczej. Najciekawsze kreacje zostały oczywiście nagrodzone.
Na wydarzeniu miałyśmy swoje stoisko. Pojawiłam się na nim pod szyldem mojej drugiej marki, która działa bardziej lokalnie. Przy stoisku można było wygrać gadżety albo vouchery na konsultacje, ale najważniejsze były rozmowy. Czasem krótkie, czasem dłuższe, zawsze szczere. Kobiety pytały o zdrowie, nawyki, problemy z jedzeniem, ale też o to, jak znaleźć balans w codzienności. Lubię takie momenty, bo pokazują, że teoria to jedno, a prawdziwe życie to drugie. To też przypomniało mi, że sensowna zmiana rzadko zaczyna się od wielkich planów, a częściej od jednej rozmowy, która coś w człowieku poruszy.
Z takich spotkań wracam bogatsza. Widać, że coraz większą rolę odgrywa indywidualne podejście, choć wiele osób nadal czuje presję szybkich efektów. I właśnie z tym chcę dalej pracować. Kilka nowych materiałów edukacyjnych mam już w głowie i będę je wdrażać. A jeśli ktoś chce skorzystać z praktycznych wskazówek i dostać plan działania dopasowany do siebie, zapraszam na konsultacje online.
Na koniec muszę podziękować organizatorom. Widać, że wkładają w to sporo serca i dzięki temu spotkania mają swój charakter. Chętnie pojawię się na kolejnych edycjach, bo taka energia i atmosfera naprawdę dobrze robią. Jeśli ktoś organizuje podobne inicjatywy i szuka partnera, jestem otwarta – lubię projekty, które mają żywy kontakt z ludźmi i potrafią ich zaangażować.







